Pokémon International Forums  

Go Back   Pokémon International Forums > > > >

Notices

FanFick Opowiadania, historie i podobne prace.



Reply
 
Thread Tools Display Modes
  #1  
Old 01-14-2007 (04:34 PM)
Boss's Avatar
Boss Boss est déconnecté
Trainer
 
Join Date: Jan 2007
Location: Poland/Warsaw
Posts: 32
Credits: 1,546
Boss is on a distinguished road
Default Smok

No niech i tu będzie, przynajmniej zainicjuje ten dział .

Trawiące jęzory.

Rząd drzew ginął w płomieniach. Właściwie dwa, trzy czy może cztery rzędy. Trudno policzyć, języki ognia przemieszczały się z zawrotną prędkością, a wielkie podmuchy wiatru zdawały się tylko popędzać go w destruktywnym zadaniu. Podmuchy wcale nie spowodowane aktualną sytuacją atmosferyczną ale gwałtownymi ruchami. Miotanie skrzydłami wielkiego smoka powodowało coraz większe spustoszenie. Wydawało się że już cały las płonął.
-Na dziś starczy Dragonite – rzekł mężczyzna w średnim wieku, przez cały czas towarzyszący skrzydlatemu pokemonowi.
Smok skinął twierdząco głową i nagle przemienił się w wiązkę czerwonego światła która błyskawicznie przemknęła do schowanego w kieszeni trenera, pokeballa. Trening został zakończony. Mimo ogromnego spustoszenia człowiek nie przejął się nazbyt losem właśnie płonących brzóz i limb, odwrócił się i poszedł w przeciwnym kierunku.
-Steve, ostatnio nie jest z tobą dobrze – mówił do siebie w duchu idąc na przód i wydeptując w leśnej polanie ścieżkę.
Istotnie dobrze nie było. Steve – mistrz Pokemon, zdobywca wszystkich odznaczeń ligi Kanto opuścił się w swym fachu. O ile niegdyś jego pokemony były niepokonane, stanowiły zwartą grupę potężnych stworków którym żaden przeciwnik nie był straszny, teraz ich statut nieco się pogorszył. Wiele przegranych ostatnimi czasy walk zmusiły Steve’go do podjęcia radykalnych środków, twardego i bezwzględnego treningu bez poszanowania przyrody. Trener doszedł do położonej na małym wzgórzu, drewnianej chatki. Z wystającego ze słomianego dachu komina wydostawały się kłęby szarego dymu, nader widocznego na błękitnym tego dnia niebie. Był to niepodważalny znak – Tom jest w domu. Steve u którego nagle na twarzy zagościł grymas zniesmaczenia, z niechęcią przekroczył progi domku.
-Steve!- wchodzącego mężczyznę od razu powitał radosny, dziecięcy okrzyk.
Dziecięcy, ponieważ Tom był dzieckiem, miał 10 lat. Fakt to był niezaprzeczalny, podobnie jak ten że obydwoje mieszkańcy chatki życia łatwego nie mieli. Byli braćmi, ich rodzice zginęli 5 lat temu. Tragedia na wyspie Cinnabar, tajemnicza ucieczka potężnego pokemona pociągneła za sobą ofiary w ludziach. Wśród rzeczonych ofiar byli też rodzice Steve’a i Tom’a. Ciężkie dzieciństwo, zwłaszcza tego pierwszego który w chwili śmierci rodziców miał lat 15 i nieustannie musiał opiekować się młodszym bratem, wykształciło u niego, o dziwo, nie poczucie opiekuńczości lecz pewnego rodzaju zatwardziałość i niechęć. Dlatego też unikał brata mimo że mieszkał z nim wspólnie, poświęcił się zaś stałemu doskonaleniu w walkach pokemon. Lada dzień miał jednak nastać moment, kiedy i młodszy z braci wkroczy na drogę tego starszego. Za 2 dni Tom musi się pojawić u profesora Oak’a, by dostać tam swojego pierwszego pokemona i rozpocząć własną przygodę z tymi stworzeniami. Przygodę która może mieć wiele oblicz......

Odgłos psa.

Rhydon runął na ziemię. Nie był w stanie poruszyć żadną kończyną, leżał nieruchomo nie wydając żadnego dźwięku. Był to niezaprzeczalny fakt, że został pokonany.
Rhydon wracaj! – krzyknął trener pokemona – Hiker.
Stworek szybko powrócił do pokeballa a jego trener uściskiem dłoni pogratulował swojemu pogromcy, po czym ruszył w nieznanym kierunku.
-Phr..- Steve wydał z siebie drwiący, nieartykułowany dźwięk spoglądając na odchodzącego w siną dal przeciwnika.
Widać było że takie zwycięstwo go nie satysfakcjonowało. Dragonite męczył się z Rhydonem niemiłosiernie, dopiero po licznych wymianach ciosów i wielominutowej walce udało się zwyciężyć. Kiedyś takowa sytuacja nie mogła mieć miejsca, jeden atak wystarczył by przeciwnik leżał jak długi. Zmęczony wieloma walkami i ciężkimi treningami trener, postanowił odpocząć. Znalazł sobie maleńką polanę, leżącą niedaleko miejsca ostatniej batalii. Położył się i zaczął dumać. Właściwie nie miał o czym myśleć prócz swoich pokemonowych niepowodzeń. W chwili obecnej starał się jednak chwytać każdego innego tematu, byle odsunąć od siebie myśli o stale pogłębiającym się kryzysie. Zamknąwszy oczy starał się wyobrażać sobie losy swego brata. To już jutro Tom miał udać się do Pallet Town.
- Przecież to tak daleko, jak ten chłopak zamierza przemierzyć taki dystans w tak krótkim czasie? – dopiero teraz zaczął się zastanawiać Steve.
Myśli o kimkolwiek innym niż on sam rzadko zaprzątały jego głowę. Jednak jeśli już o kimś pomyślał, to od razu odkrył coś oczywistego, z czego wcześniej nie zdawał sobie sprawy. Tak też było w przypadku Toma, dopiero głębsza refleksja uświadomiła Steve’owi że jego młodszy brat może nie dotrzeć na czas do miejsca spotkania z profesorem. Obydwoje mieszkali w Cerulean City, właściwie na jego przedmieściach. Mimo że odległość do Pallet Town nie przyjmowała jakiś olbrzymich rozmiarów, to jeden dzień z pewnością nie wystarczył na pokonanie takiego dystansu.
- Ten młokos pewnie nie zdaje sobie sprawy jaki to kawał drogi, jak on zamierza tam dotrzeć? – Steve nadal rozmyślał w duchu zadawając sobie coraz więcej pytań.
Zapewne ich ilość stale by się powiększała gdyby nie to co miało się zdarzyć za chwilę. Trener wstał z polany, postanowił ruszyć do domu. Jak zwykle na drogę powrotną obrał sobie wydeptaną ścieżkę, którą miał w zwyczaju wracać od dobrych kilku lat po każdym odbytym treningu. Nie przeszedł połowy drogi gdy na ramieniu poczuł czyjąś dłoń, tak zimną że od razu zmroziła krew w żyłach.
- Co do cholery... – krzyknął Steve po czym odwrócił się by zorientować się kto był właścicielem kończyny, która przyciskała go coraz bardziej.
Widok był przerażający, stała za nim całkowicie zakapturzona postać, którą spowijała błękitna poświata. Widoczna była jedynie część twarzy przybysza, która przybierała wygląd czaszki. Nie było to jednak wszystko, nieopodal pojawiło się dziwne zwierzę. Stało na czterech łapach, jego oczy świeciły na niebiesko a poświata jaka je otaczała była identyczna z tą kapturnika. Ogólny widok był tak niezwykły że Steve nie mógł nic powiedzieć, nie próbował się nawet bronić, wystawiać pokemonów do walki.
- Pan pójdzie ze mną – powiedział mrocznym głosem osobnik z kapturem.
Trener nie próbował stawiać oporu, dał się w całości pochłonąć uściskowi i zaciągnąć w nieznanym kierunku. Błękitna poświata towarzysząca zwierzęciu i kapturnikowi stale się powiększała. Wreszcie w jej gęstwinie zniknęły wszystkie trzy postacie – tajemniczy zwierz, okapturzona postać i trener pokemonów, Steve. Dotychczas czyste i bezchmurne niebo spowiła czarna chmura, zbliżała się burza. Zaczęło padać...
***
Pan Perkins był grubym człowiekiem z sumiastym wąsem. Jako sąsiad Tom’a i Steve’a wiedział co nieco o ich życiu, codziennych problemach. Mimo tajemniczości tego drugiego utrzymywał z chłopcami dobry kontakt, pomagał im w razie problemu. W chwili obecnej wylegiwał się w ogrodzie przed swoją chatką, drzemiąc na hamaku. Słysząc w oddali znany sobie dobrze głos czym prędzej zakończył odpoczynek. Był to Tom, zdenerwowany chłopak czy prędzej biegł w kierunku sąsiada.
- Panie Perkins, panie Perkins! Steve nie wrócił na noc do domu – wykrzykiwał młodzieniec z wyraźnym zaniepokojeniem na twarzy.
Trzeba wiedzieć, że mimo swojego ciężkiego charakteru Steve nie miał w zwyczaju opuszczać domu na dłużej, nawet w trakcie swojej podróży pokemon odwiedzał go stosunkowo często. Tak więc nawet taka nieobecność wzbudzała u jego brata niepokój.
- Spokojnie Tommy, wiesz jak to jest z twoim bratem. Radzę ci jeszcze trochę poczekać – z charakterystycznym zrównoważeniem i pewnością w tym co mówi odparł pan Perkins.
- Ale ja muszę dziś wyruszać do Pallet Town, umówiłem się ze znajmomym z Cerulean że podwiezie mnie tam dzisiaj. Nie mogę tak zostawić Steve’go!.
- Ah Tommy, twój braciszek jest dużym chłopcem, z pewnością sobie poradzi. A tobie radzę się nie przejmować bo niebawem czeka cię wiele wyzwań. A teraz lepiej już przygotuj się do podróży – Perkins szedł w zaparte.
Tom zdał sobie sprawę że wszelka dyskusja w tym przypadku nie ma sensu, mimo że nie tego oczekiwał od swojego sąsiada, to jednak trochę się uspokoił. Tymczasem pogoda znowu zaczęła się psuć. Krople deszczu w coraz większej ilości uderzały o ziemię. Ponownie zaczęło padać, jeszcze bardziej niż poprzednio. Chłopak szybko opuścił posiadłość Pana Perkinsa i udał się do własnej chatki. Biegł drogą gdy nagle usłyszał dziwny dźwięk, coś jak szczeknięcie psa. Odwrócił się, ale nic nie zobaczył. Myśląc że mu się przesłyszało udał się w dalszą drogę.....

W cieniu Rhydona.

Nadszedł czas na opuszczenie Cerulean. Równo o godzinie ósmej, Tom stawił się przed domem swojego znajomego – Mike’a. Był to ponad 30-letni mężczyzna, właściciel sklepu rowerowego, który posiadał tak dużo środków lokomocji, że sam tak naprawdę nie był ich w stanie zliczyć. Przed domkiem sprzedawcy stało czerwone, sportowe auto. Wygląd mógł robić wrażenie. Sam Mike zwykle ubierał się skromnie, nie wyglądał na człowieka zamożnego, jednak ludzie i rzeczy jakimi się otaczał z pewnością nie należały do tych z nizin społecznych. Tom poznał się z nim na festynie pokemon, kiedy to biorąc udział w wyścigu rowerowym zajął pierwsze miejsce. Chłopiec postanowił wsiąść do samochodu i wewnątrz poczekać na przyjaciela, który przed wyjazdem dokładniej kontrolował sklep i udzielał swoim pracownikom niezbędnych wskazówek. Po wykonanych czynnościach ruszył do auta na miejsce kierowcy.
-I jak tam Tom, co u ciebie? – zapytał na wstępie zapinając pasy.
-Oj nie jest dobrze....chyba.. – niezbyt pewnym tonem odrzekł chłopak, co w jego przypadku nie świadczyło o zbyt dobrym humorze.
-Cóż... podróż krótka nie będzie, opowiesz mi wszystko po drodze – odparł ochoczo Mike, po czym na dobre ruszył przed siebie czerwonym samochodem. Prędkość rosła, domki Cerulean poruszały się dookoła coraz szybciej i szybciej aż wreszcie całkowicie zniknęły z pola widzenia, a ich miejsce zajęły liczne prerie, pola i lasy. Krajobraz był wspaniały. Im dłużej się jechało, tym jego naturalność się zwiększała. Coraz mniej było wielkich domów, fabryk, a coraz więcej dzikich, niekiedy bardzo rzadkich pokemonów wypoczywających na łonie przyrody. Widać było że malutkimi kroczkami pasażerowie zbliżają się do Pallet Town – miasteczka dalekiego od miejskiego zgiełku, słynącego raczej z wybitnych trenerów pokemon i równie wybitnego profesora, niż z wielkich zdobyczy technologicznych. Podróż przeciągała się już na kilka godzin. Tom w tym czasie zdążył dokładnie, ze wszystkimi szczegółami streścić towarzyszowi co stało się wczorajszego dnia.
-Wiesz kolego, dobrze nie jest. Ale tak jak mówił Perkins, nie obawiał bym się o Steve’a, to dorosły i odpowiedzialny człowiek – mówił Mike, już bez takiego optymizmu w tonie swojego głosu.
Być może wyczuł to również Tom, ponieważ ta rozmowa wcale mu nie pomogła. Zasiała jedynie głębsze wątpliwości co do losu swojego brata.
-A ten pies.. Odgłos...Jakiś taki przeszywająco zimny. To dziwne.. ale czułem jak wszystko we mnie zamarza.. – mruczał pod nosem.
Mike nie odpowiedział, uznał że dalsza dyskusja do niczego by nie prowadziła. Jedyne co mogła by wywołać, to pogorszenie już niezbyt dobrej sytuacji.
Dochodziła szesnasta. Zmęczeni jazdą podróżnicy postanowili zatrzymać się w Centrum Pokemon w Viridian City.
-Słuchaj Tom, dzisiejszego dnia pozostaniemy już tutaj. Jutro z samego rana ruszamy do Pallet Town. To już niedaleko! – powiedział Mike po czym rozsiadł się na sofie i zaczął czytać gazetę położoną na stojącym nieopodal, drewnianym stoliku.
Chłopiec nie chcąc przeszkadzać swojemu współtowarzyszowi w lekturze, opuścił Cetrum. Postanowił przejść się po mieście i jak najdalej odsunąć od siebie negatywne myśli. Viridian to miasto które posiada lidera sali gimnastycznej, dodatkowo jest drogą przejściową na wyżynę Indigo, gdzie regularnie co jakiś czas odbywają się zawody, mające na celu wyłonienie mistrza pokemon. Tom posiadł te informację z okolicznej tablicy informacyjnej. Mimo że formalnie nie był jeszcze trenerem pokemonów wszystkie te pojęcia znał bardzo dobrze.
-Lider... Taaak.. – pomyślał w duchu.
Ciekawość była jedną z tych cech, której nawet najbardziej wyrafinowanymi torturami nie dało by się wyzbyć z charakteru Tommy’ego. Chłopiec czym prędzej udał się w kierunku najbliższego mieszkańca miasta, by dowiedzieć się o położenia sali trenerskiej.
-Sala gimnastyczna... Hm.... Taaaak. Tak, tak, tak.. To chyba tam na lewo, nie czekaj.. prawo? Chwila,....co to jest sala gimnastyczna? – odpowiedział sędziwy mężczyzna, zaskoczony pytaniem Toma.
Zdegustowany chłopiec spytał kolejną osobę. Tym razem uzyskał odpowiedź. Północno-wschodni sektor miasta. To tam mieściła się sala gimnastyczna. Niedługo po uzyskaniu informacji o jej położeniu, Tommy od razu pojawił się przed wejściem. Ciekawość w dalszym ciągu narastała... Postanowił wejść do środka. Już na wstępie nie mógł spodziewać się niczego dobrego, powitał go przenikliwy mrok. Zaraz potem zaczął słyszeć dziwne dźwięki.. coś jak szybko poruszające się wiertło. Nie musiał długo się zastanawiać nad źródłem owych odgłosów. Przed chłopcem stanęła ogromna kreatura. Tak wielka, że jej cień przysłaniał całą sylwetkę Tom’a, w wyniku czego ten nie widział już zupełnie nic... Był to pokemon... Rhydon. Zaraz potem słychać było kroki, które były coraz głośniejsze. Postać która je wydawała przystanęła obok Rhydona, przynajmniej tak wydawało się Tommy’emu.
-Proszę, proszę. Nowy trener. Masz ochotę na walkę? –odezwała się tajemnicza postać.
Tom nie był w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku, był tak przerażony już samą obecnością ogromnego pokemona że nic nie był w stanie zrobić.
-Cóż... Widzę że nie jesteś skory do rozmów.. W takim razie może od razu przejdźmy do rzeczy. Ale wiedz jedno... Green nie da sobie w kaszę dmuchać – kontynuował właściciel Rhydona po czym szepnął coś do swojego stworka, a ten natychmiastowo rzucił się do ataku.......

Czaszka

Pokemon nacierał na Tom’a z zawrotną prędkością. Przerażony chłopak nie wiedział co robić. Nie mógł wezwać do pomocy żadnego stworka. Czy tak miało się skończyć jego życie? Miał zostać stratowany przed rozwścieczonego Rhydona? Nie myśląc dłużej postanowił uciec. Było to trudne, ponieważ otaczający go teren był nieprzyjazny, mroczny i zimny. Jedynie odgłos wiertła dawał znać chłopcu w którym miejscu znajduje się napastnik.
-To pomyłka, słyszysz! POMYŁKA! – wołał w biegu, zdając sobie sprawę z bliskiej obecności innego trenera, którego to głos słyszał wcześniej.
Wielokrotnie powtarzane zdanie wreszcie przyniosło skutek. Zmęczony Tommy przystanął. Dźwięku wiertła nie było słychać. Teraz odgłos był inny – zbliżające się ludzkie kroki.
-Kim jesteś? – oschle spytała postać.
Chłopiec zdał sobie sprawę że właściciel pokemona stał blisko niego, poczuł się zagrożony. Zdecydował jednak że najlepszym wyjściem będzie nawiązanie rozmowy.
-Nazywam się Tom, wyruszyłem w podróż do Pallet Town by spotkać się z profesorem Oak i odebrać swojego pierwszego pokemona. – powiedział szybko, na jednym wydechu.
-Hm... – mruknął trener Rhydona.
Nagle rozbłysły światła. Oczom Tommy’ego ukazała się wielka arena, udekorowana olbrzymimi głazami. Obok niego stał zaś człowiek, ubrany w czarny strój. Postać ta posiadała rozmierzwione brązowe włosy, oraz charakterystyczny naszyjnik. Po chwili Tom zauważył że osobnik wyciąga w jego stronę rękę.
-Nazywam się Green, a ty chyba zbłądziłeś kolego – wydukał nieznajomy, uściskując dłoń chłopca.
Sposób wypowiedzenia tych słów wydał się Tommy’emu nieco ironiczny, nie odczuł w nich jednak wrogości, co go uspokoiło.
-Przepraszam za kłopot, myślę że już pójdę – odparł nadal nieco oszołomiony Tom.
Nawet nie czekał na to co odpowie Green. Szybkim krokiem ruszył w kierunku wyjścia. Świeżo poznany trener nie starał się go zatrzymywać.
***
Minęło 20 minut. Tom dotarł do Centrum Pokemon. W środku przy stole siedział Mike. Rozłożone miał na nim wielkie plakaty, wykresy, rysunki, przewodniki.
-No Tommy, wreszcie jesteś! – przywitał ochoczo chłopca- chodź no tu mam coś dla ciebie.
Zaciekawiony Tom poszedł do swojego kompana. Usiadł obok Mike’a i czekał na to, co ten ma mu do powiedzenia.
-Słuchaj no. Kupiłem w tutejszym markecie sporo przydatnych rzeczy dla takich jak ty. Patrz na przykład na to – mężczyzna wodził palcem po jednym z plakatów aż dotarł do rysunków trzech pokemonów – to są startery. Bulbasaur, Squirtle i Charmander. Zastanawiałeś się już którego wybierzesz?
Tom dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego że będzie musiał dokonywać podobnego wyboru. Zaprzątnięty sprawą Steve’a i niedawnym wydarzeniem z Greene’m, zapomniał praktycznie o właściwym celu swojej podróży.
-Szczerze to się nie zastanawiałem... – odparł z nikłym entuzjazmem chłopak.
-Haha, tak myślałem! Ale nie bój żaby! Zaraz wszystko ci wytłumaczę! – wykrzyknął głośno Mike po czym chwycił za ramię przyjaciela i zaczął snuć swoje teorie, dotyczące każdego ze stworków....
***
Slateport City było miejscem, w którym co jakiś czas odbywały się Wielkie Targowiska. Rozłożone na co dzień stragany, oczekujące na klientów, w tych szczególnych dniach rozrastały się do niebotycznych rozmiarów. Można było kupić wszystko – mydło, powidło, koszulkę z podobizną Pikachu, maskotkę Mudkipa, różne różności i inne suweniry. Jeden stragan był jednak szczególny. Pojawiał się tylko w trakcie Wielkich Targowisk, znikał wraz z ich zakończeniem. Napis na nim – „Świat Magii” wzbudzał zainteresowanie wśród przechodniów. Sprzedawcą był sędziwy człowiek o długiej, siwej brodzie. Obecnie Wielke Targowiska, które zazwyczaj trwały 10 dni, osiągały swój półmetek. Okres ten charakteryzowała duża ilość klientów, przez co „Świat Magii” był zawsze oblegany.
-Amulety z proszkiem smoka! Okazja! Zapewniają dożywotnie szczęście! – wykrzykiwał nieco zachrypionym głosem staruszek.
Towar nieco infantylny, ale sprzedawał się. Nim słońce zaszło, amuletów nie było. Nastał zmrok. Plac targowy spustoszał, jedynie niektórzy sprzedawcy pozostawali w swoich sklepikach i dokonywali rozliczeń.
-Hoho, dzisiaj utarg wielki – powtarzał w myślach starzec, przeliczając pieniądze i wkładając je do swojego sejfiku, mieszczącym się pod ladą straganu.
Nagle, gwałtownie zaczęło się ochładzać. Wkrótce przenikliwe zimno zaniepokoiło sędziwego sprzedawcę.
-O nie... czyżby – zaczął mruczeć do siebie.
Nagle rozległ się wielki huk. Z nikąd pojawiła się zakapturzona postać. Widoczna część twarzy była koścista, można wręcz powiedzieć że była to czaszka. Wyraźnie naznaczone oczodoły wskazywały na to, że przybysz nie posiada gałek ocznych.
-Złamałeś układ dziadzie, pożałujesz tego co zrobiłeś, Salamence idź! – wykrzyczała swym strasznym, przenikliwym głosem maszkara, po czym wypuściła na wolność pokemona.
-Nie rób tego, proszę... – starzec zaczął łkać, klękając na ziemi w błagalnym geście.
-Salamence, do roboty – mruknął przybysz do swojego pokemona, nie przyjmując do wiadomości słów sprzedawcy.
Smok, niewiele się zastanawiając wypuścił wielką ognistą kulę. Po straganie nie pozostał żaden ślad, podobnie jak po jego właścicielu.
-Kto nie dotrzymuje obietnic musi zostać unieszkodliwiony, prawda mój mały? – powiedział zakapturzony osobnik, drapiąc pieszczotliwie po karku swojego pokemona.
***
-Charmander...nieeee Squirtle.. Bulbasaur? – Tom mówił przez sen.
Grono informacji jakich dostarczył mu Mike zostało tak dokładnie zakodowane, że weryfikował je nawet nieświadomie. Noc powoli dochodziła końca. Chłopak został zbudzony klepnięciem w policzek.
-Wstawaj mistrzu, pora ruszać dalej – wesoło krzyknął Mike – bryka już czeka przed Centrum, ubieraj się, przegryziemy coś i jedziem dalej.
-Doo...doobrze – odparł zaspany Tom, nie w pełni jeszcze świadom tego co się dzieje.
Bolała go głowa, nie wiedział dlaczego. Całą noc śnił o starterach. W strzępkach swych myśli kojarzył jeszcze coś...przez chwilę w jego snach pojawiła się dziwna postać. Straszna postać...
Reply With Quote
  #2  
Old 01-14-2007 (08:11 PM)
Lance(r)'s Avatar
Lance(r) Lance(r) est déconnecté
Newbie
 
Join Date: Jan 2007
Location: Poland, Dolnoslaskie
Posts: 7
Credits: 709
Lance(r) is on a distinguished road
Default Odp: Smok

Ot, b. dobry technicznie FF, ale lekko nudnawy (to takie zboczenie po przeczytaniu Krzyżaków - nawet Barker mnie nudzi). W każdym razie czekam na dalsze części!
Reply With Quote
  #3  
Old 06-09-2007 (05:21 PM)
Foxi Foxi est déconnecté
Beginning Trainer
 
Join Date: Jan 2007
Posts: 28
Credits: 523
Foxi is on a distinguished road
Default Odp: Smok

Zawsze kiedy czytam ciekawe historie o pokach to sie ekscytuje:P. Tak też było w tym przypadku.Czekam na ciąg dalszy.
Reply With Quote
Reply

Bookmarks


Currently Active Users Viewing This Thread: 1 (0 members and 1 guests)
 
Thread Tools
Display Modes

Posting Rules
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts

BB code is On
Smilies are On
[IMG] code is On
HTML code is Off

Forum Jump


All times are GMT. The time now is 11:35 PM.


Powered by vBulletin®
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimisation provided by DragonByte SEO (Lite) - vBulletin Mods & Addons Copyright © 2018 DragonByte Technologies Ltd.
Credits System provided by vBCredits II Deluxe v2.1.1 (Lite) - vBulletin Mods & Addons Copyright © 2018 DragonByte Technologies Ltd. Runs best on HiVelocity Hosting.
All Pokémon names and characters are © Nintendo
Hey! It seems like you haven't made an account here yet. We'd be very happy if you did! To do so please click here...